Tekst i fot. PIOTR BERNABIUK
(Żołnierz Polski" - wrzesień 92)
"Jeszcze jest szansa, możecie się wycofać.. Nie ma chętnych? Położyć plecaki i stanąć na zbiórce. Wysypać wszystko z kieszeni, oddać dokumenty, zegarki. Możecie zatrzymać po jednym kocu i kawałku sznurka. "
Jest ich dwóch, Grzegorz i Stryj, ale rozkazy wydaje głównie Grzegorz. Do pomocy mają Tomka, Pałę i Szachmena. Szachmen jest wyczynowym szachistą. Jeszcze rok temu nie miał nawet ciuchów, w których mógłby pójść do lasu.
W szyku stoją kursanci, ludzie, którzy pozytywnie zareagowali na jedno z dwustu ogłoszeń. Na razie mają tylko imiona. Jest parę dziewczyn. Ładne. Aśka przyjechała do Gdyni aż z Katowic. Większość stanowią miejscowi.
" Stać i czekać! " Robi się zimno, nudno i przykro. W szyku nikt nie wie, czy to zagrywka taktyczna, czy powstała luka organizacyjna. Stryj obserwuje grupę dyskretnie. Dał im czas na myślenie.
Przez ponad dwie doby nic nie będzie się tu działo przypadkiem. Do wieczora grupy ćwiczą na zmianę modelowe rozpalanie ognia oraz zjazdy na linach. Liny i bagno na zajęciach są zawsze.
Ponad dwadzieścia metrów... niby niewiele. Najpierw jest przełamanie bariery strachu, lęku przed przestrzenią, a w chwilę potem cudowna zabawa.
Po zmroku pierwszy posiłek, paczka sucharów wojskowych na buzię. W dole lśnią światła
nierealnego, wydaje się, miasta.
Nadchodzi północ.
" Gasić ognie, maskować, by ślad nie pozostał. Nabrać sadzy w ręce, popluć i wysmarować twarze. " Dziewczyny bez wahania diablą się na czarno. Stawiam opór. " Musisz! Jesteś jednym z nas, bierzesz udział w grze, więc musisz. " Grzegorz jest grzeczny i cholernie stanowczy. Na drodze, rzędem stoją wojskowe plecaki. " Możecie je zabrać lub zostawić. W środku może być wszystko, od żarcia po cegły. Decydujcie sami. " Zabieramy co do sztuki. Mnie przypadła dwudziestopięciolitrowa bańka od mleka. Nie mam pojęcia, co w niej jest. Jak Tewje Mleczarz będę naginał z nią na ramieniu aż do końca zajęć. Marsz szosą połączony z zabawą w chowanego - na widok świateł samochodów rzucamy się w gąszcz lub do rowu. Szczęściem ruch niewielki. Bańkę niesie się wygodnie, ale wykonywanie z nią susów...
Wreszcie las. Idziemy drogą, potem dróżką, ścieżką... a dalej szlak wiedzie strumieniem, po kolana w wodzie. Ciemno, gałęzie, krzewy... bardzo trudny marsz.
Krótki postój u podnóża autostrady, strumień niespodziewanie wpada wielką rurą pod nasyp. Wystarczy lekko się pochylić, by wejść w czeluść. Nagle średnica przepustu maleje, ciemność absolutna, plecy wygięte w kabłąk trą o beton. Ręce, nogi, piersi, wszystko mokre, pod nogami miałki piasek, co rusz jakieś drągi... Sto metrów, dwieście, może jeszcze więcej...
U wylotu lekka panika. Prowadził Stryj, za nim szły Aśka, Ania, Kasia... chłopaki. Wyszły tylko trzy dziewczyny. Mijają długie minuty nawoływania i oczekiwania. Poszli w rozgałęzienie? Może coś się stało?
Szosą nad nimi pędzą samochody. Kontakt ze światem mamy zapewniony przez CB Radio, w każdej chwili możemy wezwać pomoc.
Ufff, są pozostali. Bieg, wszyscy bieg. Jest zimno, a ludzie ociekają wodą.
" Palić ogień. " Praktyczny sprawdzian z wieczornych zajęć. Z techniką nie ma problemów, gorzej z organizacją. Każądy zajmuje się sobą. Dwie dziewczyny, niby to zbierają opał na ognisko, a widać, że zupełnie nie wiedzą, co ze sobą zrobić. Zagubione, podmarznięte, kręcą się bezsensownie w kółko... Przy ogniskach zaczynają się swary, nieuprzejmości. Dno, nie grupa, chociaż niektórzy objawiają już pierwsze przebłyski świadomości stadnej.
Na kolację słonina, cebula i suchary. Wszystkiego skąpo, i nic do picia. Ledwie ciuchy podeschły, ruszamy w drogę. Świt zastaje nas w marszu, znużonych z piaskiem bezsenności w oczach.
Gdy las na dobre rozbrzmiewa ptasim jazgotem, dowódca zarządza odpoczynek, na dylach, w szopie nad paśnikiem. Przedtem tresura w zajmowaniu miejsc w sypialni. Zupełnie nie zaskakują, o co chodzi. Pchają się jeden przez drugiego z coraz to gorszym skutkiem.
Po pobudce, jeszcze chwila lenistwa na ściętych pniach sosen. Śniadanie składa się z resztek wczorajszej kolacji. Nadal nie ma nic do picia.
Tymczasem wodzowie... tym to się powodzi:
otwierają mielonkę, słoik dżemu, jedzą ze smakiem, popijają obficie wodą z manierki. Kursanci patrzą na nich, na ten dżem, na wodę... " Chcesz trochę? " Grzegorz nabiera grubo na nóż, Kasia wyciąga łakomie suchara po słodkości... " Tylko warunek, nie wolno ci się z nikim podzielić ". Dziewczyna cofa rękę z sucharem, spuszcza głowę.
Irytują nas te zagrywki, chociaż zdajemy sobie sprawę, że należą do programu zabawy. Któryś z chłopaków decyduje się przyjąć ofertę wodza. Żre ze smakiem. Reguły gry... życie nie jest survivalem, w życiu byłby o
jeden kęs do przodu.
" Zbierać się! " Na deser po śniadaniu mamy ostry, trochę zwariowany marsz. Wąż rozciąga się coraz bardziej, nie nadążając. Po kwadransie... wracamy pod paśnik. Zaliczyliśmy "pętlę zwiadowcy."
" Zacznijcie myśleć. Inaczej się umawialiśmy. Jeśli nie zaskoczycie, czego od was oczekuję, będziecie chodzili w kółko do jutra. " Grzegorz robi co może, żeby zaskarbić sobie "sympatię" grupy.
Bagno. Małe, urocze, piekielnie zimne. Po przeprawie szaleńcza zabawa. Rozgrzewka i rozładowanie napięć. Zupełna zmiana nastrojów. Płoną ogniska, suszą się ciuchy. Spędzimy tu więcej czasu, więc można iść po wodę. Aśka i Błażej taszczą moją bańkę kawał drogi w stronę cywilizacji.
Wracają po półgodzinie. O rany, ile picia!
" Stać! Gdzie jest żarcie z plecaka? To, które zabraliśmy z waszych zapasów. Nie ma? Ktoś zjadł cichcem? Dobra, w takim razie nie będzie również wody. " Wódz wylewa całe dwadzieścia pięć litrów w mech. Lepiej, żeby się teraz nie odwracał do nikogo plecami.
Wściekłość, ponure milczenie. Kto zżarł te zapasy? Czy rzeczywiście ktoś... Czas na myślenie. Następna para przynosi wodę. Pijemy, jak wielbłądy. Zaczyna się gotowanie, jakieś puszki, zupki, herbatki, kulinarne majstersztyki. Rozkosz... Imprezie cały czas towarzyszy nieprawdopodobna huśtawka nastrojów.
Noc i deszcz. Szalona gonitwa w górę i w dół. Gałęzie biją po twarzy, korzenie chwytają za nogi, co rusz ktoś się potyka, ześlizguje w dół. Jasne, "derekcja" ma w planie dać nam pełen wycisk i zobaczyć jak odreagujemy. Jeszcze jeden eksperyment
" Wolniej, chyba Aśce coś się stało. " Nic się nie stało, po prostu dyszy ostatnim tchem. " Jeśli ktoś nie nadąża, to jest wasza sprawa. Chyba każdy ma tu jakichś kolegów, którzy mu pomogą. "
Pniemy się na zwałowisko ziemi, stertę śmieci... Typowy odcinek selekcyjny. Niestety, w tej grze nie można zostać z tyłu, nie można też odpaść.
Siedzimy skryci przed deszczem pod szopą paśnika. Rozmawiamy. Teraz już wiemy, kto jest kto: Rafał na przykład studiuje na czwartym roku Wyższej Szkoły Morskiej, na pierwszym odcinku trasy był z nami jeden z szefów YMCA, przy którym działają "Łowcy Przygód"..., inni zostają przy imionach: Krzysiek, dwóch Marcinów...
" Czy sądzicie, że po tych zajęciach tworzycie grupę? Czy w trudnych sytuacjach moglibyście liczyć na siebie nawzajem? Zaufać sobie? " Długa chwila milczenia - " Raczej tak, chyba tak. tak "... Łatwo powiedzieć słowo.
Grzegorz wspina się na dyle szopy, na wysokość dwa i pół metra. "Ufam swoim ludziom, jestem ich pewien". Noc, deszcz... nastrój jak z filmu grozy. Odwraca się do nas tyłem, zamyka oczy i spada na plecy w dół, wprost na splecione ręce Stryja, Szachmena, Tomka i Pały.
" Jeszcze raz pytam, czy umielibyście sobie zaufać? " Trzy pary stają pod szopą ze splecionymi rękami...
Do licha, w ciemnościach nawet nie bardzo widać, kto tam stoi i masz nagle zaufać szóstce ludzi, których znasz ledwie drugą dobę? Od nich zależy, czy utrzymają ciężar twego ciała, gdy będziesz spadał z zamkniętymi oczami.
Jeszcze musisz przełamać swój własny strach przed lotem ku ziemi, przed niewiadomym, przed... Skaczą wszystkie dziewczyny, chłopaki jeden po drugim. Kto nie skoczył? Ilu? Nikt nie patrzy w ich stronę. To jest indywidualna decyzja i odpowiada się za nią tylko przed samym sobą. Jest sto powodów, by nie poddać się próbie i tylko jeden, by skoczyć.
Koniec kursu, ludzie jadą, każdy w swoją stronę. Czy się jeszcze kiedyś spotkamy? Trudno powiedzieć. Może wpadniemy na siebie w Srebrnej Górze, na Jaworzu, czy we Włościejewkach. Przez krótką chwilę byliśmy już prawdziwym zespołem... ten skok, zabawa na bagnie, Kaśka cofająca dłoń z sucharem...